Z wycieczką do Taviry związane jest najśmieszniejsze wydrzenie od początku naszego pobytu w Portugalii. Pociąg do Taviry miał odjechać chyba o 13:49. I jakimś cudem zdążyliśmy jeszcze kupić bilety. Dosłownie pobiegliśmy na peron, na którym stał pociąg do Taviry. Tato Martynki trzymał drzwi, żeby się nie zamknęły przed odjazdem. Wsiedliśmy. Pociąg był zaskakująco pusty. Wybraliśmy fajne miejsca. Po chwili zaczęłam narzekać, na to, że pociąg się spóźnia (powinien odjechać jakieś 5 minut wcześniej). Gdy, pan Paweł poszedł wyrzucić opakowanie po napoju z jego ust wybrzmiało pierwsze głośne podczas naszego pobytu w Portugalii "KURWA!". Okazało się, że pociąg odjechał punktualnie. Odjechał bez nas. Bo my znajdowaliśmy się w składzie, który stał za tym do Taviry. Nikt nie wpadł na to, że mogą być to inne pociągi. Strasznie mnie to rozbawiło i chichotałam z tego calutki dzień, doprowadzając do szału Martynkę.